Drugi miesiąc | ROK BEZ ZAKUPÓW

A oto podsumowanie mojego drugiego miesiąca bez zakupów. Czy wytrwałam? Ile wtop zaliczyłam? I czy dalej zostaję w wyzwaniu? O tym już za chwilę 🙂

Jestem właśnie świeżo po zrobieniu podsumowania wszystkich swoich wydatków za ostatni miesiąc i muszę przyznać, że… nie jest źle! Spodziewałam się, że wydałam na rzeczy spoza dozwolonej listy więcej niż w rezultacie pokazują to tabelki arkusza budżetu.

Dalej dokonuję zakupów rozważniej niż wcześniej oraz w oparciu o przygotowane listy dozwolonych i niedozwolonych rzeczy. Co ciekawe, zdarzyło mi się kilka razy zostać zapytaną przez znajomych, jak idzie mi wyzwanie oraz czy trudno jest mi nie kupować tyle, co wcześniej. Ogólnie spotykam się z bardzo dużym zaciekawieniem odnośnie mojej decyzji 😉 Cieszy mnie, że ludzie zaczynają zwracać uwagę na takie inicjatywy (oraz problem związany z nadmiernym konsumpcjonizmem) i że grono osób chcących ograniczyć liczbę swoich dotychczasowych transakcji zakupowych, stale rośnie. Z przyjemnością śledzę różne blogi i kanały na YouTube, których autorzy podjęli wyzwanie rok bez zakupów oraz pokazują, jak na przestrzeni miesięcy zmieniło się ich podejście do kupowania.

Zanim usiadłam do spisania wszystkich zgromadzonych paragonów i przejrzenia transakcji na koncie bankowym, szacowałam, że tych zbędnych zakupów trochę mi się nazbierało i wstyd będzie się tu przyznawać do porażki. Na szczęście sama siebie miło zaskoczyłam 🙂

Wpadki

Numerem jeden w dalszym ciągu pozostają oczywiście słodycze. Kilka razy zdarzyło mi się zajść do sklepu po czekoladę, paczkę ciastek lub chipsy. A, no tak, i oczywiście po moje ukochane żelki 😉 Myślę, że tutaj mogło być zdecydowanie lepiej. W porównaniu z wydatkami sprzed wyzwania i tak jest o wiele lepiej, jednak uważam, że tych zakupów i tak wyszło zbyt dużo. Sprzyjał tu pewnie klimat kanapowo-serialowy, jednak to i tak słaba wymówka 😉

Numer dwa to nieszczęsny fast food. Niby nie zamieszczałam tego na liście do unikania, ale w jakimś stopniu uważam to za zbędny wydatek. Jedzenie na mieście (a w zasadzie niezdrowe jedzenie na mieście) nigdy nie było moim problemem, natomiast w ciągu tego miesiąca dokładnie 3 razy zdarzyło mi się pójść do KFC i McDonald’s. Najpierw wypadło na szybką przekąskę w porze obiadowej podczas spaceru. Następnie bardzo późno wracałam do domu kolejką SKM, po czym czekałam na nocny autobus. Skuszona wizją szybkiego napełnienia żołądka zdecydowałam się na małego fast fooda. Ostatnia sytuacja dotyczyła dłuższej przerwy podczas konferencji. Poszłam do lokalu jako osoba towarzysząca, a w rezultacie też złożyłam zamówienie. Finalnie uważam, że wydatki te nie były konieczne i zdecydowanie można było ich uniknąć. Wrzucam je więc do kategorii zachcianki.

W ciągu tych kilku tygodni wyraźnie ograniczyłam zakupy tzw. kosmetyków kolorowych, ale i pielęgnacyjnych również. Balsamy do ciała, kremy do twarzy – przestałam kupować je na zapas. Ograniczam przede wszystkim wszelkie plastikowe opakowania stojące na łazienkowej półce. Jedynym moim kosmetycznym grzechem w tym miesiącu jest lakier do paznokci. Co prawda zakup nie był planowany, ale i tak uważam za swój ogromny sukces, że ostatecznie był to tylko jeden lakier, a nie cała siatka kosmetyków typu cień do powiek, pomadka do ust, podkład, puder, może perfumy…

W pierwszej chwili przeglądając katalog produktów i najnowsze (oczywiście niepowtarzalne) promocje na kosmetyki, w mojej głowie tworzyła się już cała lista rzeczy, którą wpiszę na listę zamówienia. Ostatecznie się opanowałam, ochłonęłam, zadałam sobie pytanie, czy na pewno potrzebuję tych wszystkich rzeczy i w rezultacie skończyło się tylko na jednym produkcie.

Dodatkowe odstępstwa

W czerwcu kupowałam również prezenty dla bliskich mi osób. Ale przecież są one na mojej liście zakupów dozwolonych 😉

Nie obyło się też bez zakupu nowych książek. Znowu trafiłam na kilka ciekawych pozycji i to w bardzo bardzo atrakcyjnej cenie (no jakże by inaczej ;)), natomiast rozgrzeszam się, ponieważ są to ponownie publikacje ściśle związane z moją pracą i studiami. Zrobiłam sobie jednak małą przyjemność w postaci książki Marty Hennig i to rzeczywiście nie jest książka z listy produktów dozwolonych, lecz zakup był w pełni świadomy i przemyślany.

W maju ścięłam włosy na krótko i żeby trochę ułatwić sobie dbanie o fryzurę, zakupiłam maszynkę do strzyżenia włosów. Przekalkulowałam, że ten zakup zwróci mi się już po czterech miesiącach. Chociaż na początku zakładałam, że nie będę kupowała żadnego sprzętu związanego z elektroniką i domowym AGD, ostatecznie stanęło na tym, że bardziej kalkuluje mi się jednak strzyżenie włosów samodzielnie, co ułatwi całą sprawę 😉

Wnioski

Tak jak pisałam na początku, myślałam, że było zdecydowanie gorzej. A tu ku miłemu zaskoczeniu, drugi miesiąc bez zakupów zaliczam do udanych. Obyło się bez kupowania bzdur i durnostojek. Powstrzymałam się też od kupowania rzeczy papierniczych, które bardzo mnie kusiły. Dalej widzę, że tak jak w pierwszym miesiącu, jest mi łatwiej zaoszczędzić pewną kwotę, gdy rezygnuję z zakupów spontanicznych. Myślę, że trzeci miesiąc będzie podobny, a do tego nie planuję żadnych dodatkowych (ani dużych) wydatków. Aczkolwiek co wyjdzie w praktyce, to okaże się już w lipcu 🙂

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *